Strona główna arrow Felietony arrow Pod rządami Imperadora

Program TVKontaktFelietonyReklamaSportklub+
Felietony
Potęgami droga Barcy wybrukowana
Bartłomiej Rabij
Czytaj całość…
 
Przedświąteczne cuda Banfield
Bartłomiej Rabij
Czytaj całość…
 
Tydzień w Akademiku: Texas numerem jeden
Rafał Juć
Czytaj całość…
 
Pod rządami Imperadora
Bartłomiej Rabij
Czytaj całość…
 
Tydzień w Akademiku: Pierwsze wnioski
Rafał Juć
Czytaj całość…
 
Pod rządami Imperadora
Pod rządami Imperadora
Bartłomiej Rabij

 Pod rządami Imperadora
Wiem, wiem – tytuł jest bardzo patetyczny. Ale historia powrotu do wielkiego sportu Adriano Leite, to prawdziwa brazylijska opera mydlana. A w tych patosu nigdy nie brakuje.
Flamengo w niedzielę, szósty raz w historii, zostali mistrzami Brazylii. To ich pierwszy od 17 lat tytuł! Na pewno jednak tytułu by nie zdobyli, gdyby zimą tego roku nie zakontraktowali Adriano. Największa sportowa gazeta Brazylii – Placar – właśnie uznała potężnego gracza Fla najlepszym zawodnikiem sezonu.

Kiedy Imperador po latach gry we Włoszech wrócił na stare śmieci (jest wychowankiem Flamengo), w Europie pisano, że to już koniec słynnego bombardiera z Rio. Że ten powrót to tylko dla pieniędzy, że piłkarzem jest już wypalonym, że to, że tamto...
A przecież Adriano jest ledwie 27-latkiem, przed którym jeszcze sporo lat gry.
Pamiętam doskonale pierwszy mecz tego napastnika w Brasileirao 2009. Grał fatalnie! W lokalnej prasie aż huczało od informacji na temat jego zupełnie „niepiłkarskiej” wagi – 103 kg! Pisano o kłopotach z dostosowaniem się do reżimu treningowego, o balangach, o włóczeniu się z hot-dogami po plaży w porze treningu, albo o tym jak Adriano nie dojechał na trening, bo... nie wiedział do kogo ma zadzwonić żeby usprawiedliwić swoją nieobecność.
Człowiek, który jeszcze niedawno w hierarchii bombardierów stał na równi z Ibrahimoviciem, Henrym, van Nistelrooijem czy Szewczenką sprawiał wrażenie wyrośniętego dzieciaka, którego mama zostawiła samopas w piaskownicy. Telewizyjny wywiad dla Globo, w którym Adriano popłakał się opowiadając o swoim synku, swojej mamie i życiu w faweli dopełniał tylko obrazu zagubionego chłopca.

Jak Fenix z popiołów, czyli ciężką pracą ludzie się bogacą
Kilka lat temu, pisząc tekst na temat psychologii sportu, rozmawiałem z psychologami pracującymi dla PKOl. Każdy z nich. choć opowiadał o różnych zagadnieniach, niemal zawsze konkludował: mistrz to ten, kto potrafi podnieść się po porażce, bowiem nie ma zwycięstwa bez wcześniejszej porażki. Na porażkach uczymy się jak potem wygrywać.
Nie wiem czy Adriano pracował z dr hab. Markiem Graczykiem, ale rzec by można, że jego wielki come back idealnie pasuje do słów psychologa. Ciężką pracą, od której na początku się migał, znów wspiął się na wyżyny. Znów strzela gole, znów jest Imperadorem.
Ale jeszcze do końca maja tego roku Brazylijczyk miał kłopoty ze zrzuceniem zbędnych kilogramów. Miał kłopoty z punktualnością, a brazylijscy psychologowie zastanawiali się czy aby na pewno przestał nadużywać alkoholu...
Aż tu gruchnęła wiadomość, że nie potrafiący sobie poradzić z Imperadorem i resztą rozkapryszonych graczy Fla trener Cuca zostaje wyrzucony. Za niego, tylko w roli caretakera, drużynę prowadzić miał były as klubu, potem wieloletni trener młodzieży i rezerw – Andrade.
Ów człowiek, którego w Europie kibice już dawno zapomnieli, doprowadził Adriano na szczyty, a Flamengo do mistrzostwa. Tochę jak dekadę temu Vincente Del Bosque z Realem Madryt...
Andrade jakiś cudem dotarł do Imperadora i przeknał go do ciężkiej pracy. Bo co jak co, ale w przeciwieństwie do Cuki u Andradego Imperador zasuwał aż miło. Nie krzykiem, nakazami i zakazami, lecz pozytywną energią, urozmaiconym treningiem albo jak mówią dziennikarze z Brazylii – ojcowskim podejściem – ujął i Adriano, i całą drużynę trener Andrade.
Andrade wsparł Adriano młodzieżą, takimi samymi jak Imperador chłopakami z faweli (Willians, Everton Silva, Everton, Airton i in.). Szybko ustalił z zarządem, którzy z czołowych graczy wyjadą za granicę, a których klub zatrzyma (wyjechali Ibson i Emerson, zostali Juan i Leo Moura).
I tak to powoli, acz konsekwentnie, Flamengo zaczęło zbierać punkty, a Adriano strzelać bramki i... gubić kilogramy.
Niczym Patrick Ewing z New York Knicks, Adriano w każdym meczu był najbardziej wymęczonym zawodnikiem „rubro-negro”. Coraz szybszy, coraz twardszy, coraz skuteczniejszy, rósł w rankingach Placar i Globo. Urósł Adriano jeszcze bardziej, kiedy trener reprezentacji – Dunga – powołał go na dwa mecze eliminacyjne do mistrzostw świata w RPA. Adriano zbyt długo się nie nagrał, ale znów był wśród najlepszych. Z Kaką, Lucio, Luisem Fabiano, Julio Cesarem czy Danielem Alvesem.
Śledząc postępy Adriano w tym sezonie uważam, że był to drugi (po rozpoczęciu współpracy z Andrade) przełomowy moment w karierze zawodnika.
Trzecim okazała się wspólna gra z 37-letnim Serbem Dejanem Petkoviciem. Ten piłkarski obieżyświat, grający od 10 lat w różnych brazylijskich klubach, znalazł błyskawicznie wspólny język z Adriano. Czy to dlatego, że na nim też już postawiono krzyżyk, czy dlatego, że i on nie miał niczego do stracenia – nie wiem. Ale wiem, że ci dwaj panowie byli bez wątpienia kluczowymi graczami w rewanżowej rundzie Brasileirao. W tej, podczas której Fla zdobyli 38 punktów w 19 meczach (29 punktów w pierwszej).
Dziś Adriano mówi, że wraz ze zdobyciem mistrzostwa i tytułu króla strzelców (19 goli w 30 meczach) spełniły się jego marzenia. Jednak pociągnięty za język dodaje, że marzy mu się jeszcze mistrzostwo świata. Kto wie, skoro na swych potężnych barkach pociągnął – bądź co bądź – zespół złożony z młokosów, oldbojów i przeciętniaków, to może i w kadrze znajdzie się robota dla tego Herkulesa z faweli?




 
 
Logowanie
Newsletter






 

Strona główna | O nas | Prasa | Piłka nożna | Boks i MMA | Motosport | Lekkoatletyka | NCAA | Moto GP | Inne dyscypliny | Liga Angielska | Sport | Fishing&Hunting
(C) 2010 SPORTKLUB: Telewizja i kanał sportowy. Sport w telewizji